czwartek, 12 stycznia 2012


     Cały ten posrany świat jest poprzecinany bardzo drobniutką i wszedobylską siecią ploteczek, doniesień, obgadywań i plucia sobie do butów. Rzucisz na lekcji osobie A niezobowiązującą uwagę o nieobecnej osobie B, a popołudniu dostajesz wiadomość, że nie dość, że osoba B wie wszystko od osoby A, co o niej powiedziałaś, to jeszcze oskarża cię o obgadywanie. No halo, o co chodzi? To już nie można rzucić jednej uwagi pod czyjąś nieobecność, bo zaraz wytwarza się wielka awantura. Czasami to ja już nie wiem, czy jak coś komuś powiem, to kto to komu przekaże, wyszepcze do uszka, poskarży, wykrzyczy, cokolwiek. I jak tu mieć zaufanie do ludzi, skoro masz cały czas wrażenie, że rozmawiają o twoich sekretach i problemach ze wszystkimi dookoła. A najlepsze jest połączenie, kiedy przyjaźnisz się z kim, kto jest również przyjacielem osoby, z którą jesteś pokłócona i się nienawidzicie. TO jest dopiero skifa. Nie masz zupełnie pojęcia, co oni o tobie gadają. SIEĆ KŁAMSTW, ot co. Boję się powoli wychodzić z domu, serio. Mam nadzieję, że moi szpiedzy to czytają xo xo. 

poniedziałek, 2 stycznia 2012

     nie ocipiej tu kurwa. 

piątek, 23 grudnia 2011

When you're still waiting for the snow to fall
Doesn't really feel like Christmas at all
     Pomijając świąteczne piosenki, to te święta są gówniane. I na dodatek nic nie tworzy nastroju, zupełnie nic. Brak śniegu, takie ledwo białe coś na dworze, a jutro ma być +5. Chyba kogoś potrzaskało. Nie mam tego uczucia podniecenia w żołądku, kiedy pomyślę o jutrzejszym wieczorze. Wręcz go nie chcę (wieczoru, nie uczucia, uczucie bym nawet może i chciała). Znowu będę musiała się uśmiechać, udawać, że czuję się cudownie szczęśliwa, bo mogę zjeść kolacyjkę z ludźmi, których widzę codziennie. Super, fajnie. A prezenty? Doskonale wiem, co dostanę, wielka mi niespodzianka. Poza tym nie lubię niespodzianek. Nawet tych udawanych. W dodatku babcia sądzi, że w dzisiejszych czasach święta jeszcze coś znaczą i robi z tego jakąś podniosłą rozhisteryzowaną szopkę. Aż rzygać mi się chce.
     Jak mam się cieszyć, skoro połowa ludzi jest na mnie o coś obrażona, wkurzona, CHUJWIECO, a druga połowa nie może się wyrwać z domu na piwo, bo musi myć okna, tudzież inne niewymagające czyszczenia powierzchnie. A trzecia połowa, ta którą kocham głęboko i jest przyczyną mojej depresji, spędzi swoje święta z mamą, a potem pójdą na spacer po swoim pięknym, starym, bardzo niebezpiecznym mieście. Ale grunt, że on potrafi się bronić. Tylko mnie zasmuca. Tak bardzo, że nie mogę obejrzeć odcinka Chirurgów, bo jak widzę Dereka i Mere, to łzy cisną mi się do oczu. A potem idę spać o 21 i wstaję dwanaście godzin później. A teraz  wali mi na mózg, biegam po domu i wszystkich wkurwiam. I koło się zamyka. To wszystko jego wina. Jego cholerna, sakramencja wina. Nienawidzę tego, że tak potrafię go kochać, chociaż jest typem faceta, którego nie powinno się kochać. Oj nie. Zasrane prawo Murphy'ego, czy coś tam. Błagam wszystkich hinduskich bogów, karmę, spalam jakieś kadzidełka i inne pierdoły, żeby przyszedł do Gośki na sylwestra. Ale znając swoje szczęście, po prostu będę musiała się upić i zdechnąć gdzieś w kącie. Kocham życie. Wesołych Świąt, kochani.



Tak, nowy blog. Oby żył dłużej od poprzedniego. Sto lat, sto lat!